Na przełomie 1992 i 1993 roku, gdy skończyłem liceum i studiowałem zaocznie, pracowałem w MPK Lublin jako "kanar". Dzisiaj z perspektywy kilkunastu lat pracy tamten okres wspominam najmilej. Codziennie było tyle wesołych przygód, tyle niespodzianek, że opowieściami można by zanudzać miesiącami. Nie będę opisywać chronologicznie, ale wybiorę co ciekawsze opowieści. Tak w ogóle to pracowałem w MPK Lublin na stanowisku.... "kontrolera ruchu pasażerskiego i pojazdów" (tak to się ładnie nazywało i tak mam ładnie w świadectwie pracy) od grudnia 1992 roku do czerwca 1993 roku. Wtedy pracowało się na stanowisku "kontrolera", ale mieliśmy też uprawnienia do kontrolowania kierowców(!), normalnie jak służba ruchu.


Drużyna, czyli jak pracować, by się nie napracować

Fakt faktem, przyszło mi pracować z ludźmi naprawdę wyjątkowymi: 1. Wykształcenie niepełne wyższe, niegdyś osobisty ochroniarz Bogatina, 2. Wykształcenie wyższe, 3. Wykształcenie wyższe no i ja studenciak 1 roku. Było naprawdę wesolutko. Najlepszy zespół, najlepsza paczka zgranych ludzi pod słońcem.

Nasza grupa to była taka grupa leniuchów, ale z dobrymi wynikami. Po prostu wynajdowaliśmy sposoby, jak by tu "pasiejnych" (tak wtedy nazywali w gwarze pasażerów) trafić, a nie napracować się. Była zima, więc wymyśliliśmy sobie, że będziemy jeździli od początku do końca linią nr 3 (każda grupa dostawała rejony - było chyba tych rejonów 17 - i miała do przerwy pracować w jednym rejonie, a po przerwie w drugim rejonie). My dostaliśmy tego dnia rejon Racławickich, Krakowskiego, Hempla.


Opowieść pierwsza

Miejsce akcji: przystanek ul. Mełgiewska, przy FSC w stronę Ursusa

Czas akcji: pewnie gdzieś styczeń, albo luty 1993, było okropnie zimno

Godzina akcji: od 4.30 do 7.00

Wtedy jeździło się w brygadach po 3 lub 4 kanarów. Nas było w grupie 4. Ale wpadliśmy kiedyś na pomysł, by zarobić a nie narobić się i przedstawiliśmy ten pomysł naszemu kierownikowi. Akcja była taka: wstajemy wszyscy co mają ranną zmianę (grup w sumie było chyba 8 po 3 lub 4 kanarów, z czego 4 grupy na rannej zmianie 6-14 i 4 grupy na zmianie wieczornej 14-22) zdecydowanie wcześniej i zjeżdżamy się na końcówkę przy Mełgiewskiej tak, by przetrzepać wszystkich robotników, którzy jadą do Ursusa albo FSC.

No i akcja wygląda tak: jest godzina 5 rano, a na przystanku przy Mełgiewskiej... tłok, bo stoi ze 12 kanarów...

Co podjeżdża autobus, to każdy jest brany i dokładnie trzepany. Po którymś kursie z kolei, kierowcy którzy mieli elektroniczne kasowniki to wyłączali nam je już pod mostem kolejowym, bo wiedzieli że będziemy stali na przystanku.

Ale teraz mój wątek w tej opowieści: jest już gdzieś godzina 8, chłopakom się trochę znudziło i jedzie „długa” (Ikarus) „10”. Stanęła na światłach, ja już chłopaków ciągnę by wziąć na 4 drzwi całego Ikarusa, a tu z tyłu pojawiają się nowe autobusy, a nagle chłopaków zaczęło brakować. Ten wypisuje, tamten wypisuje, no to ja pokazuję temu kierowcy z tej „10”... 1 palec (bynajmniej nie ten środkowy), co oznaczało że jak podjedzie na przystanek, to ma otworzyć tylko.... 1 drzwi!!! I tak ja sam, 19-latek wtedy zacząłem czesać całego Ikarusa, „10”, która jechała do Ursusa z robotnikami.

Drzwi otworzył mi drugie od przodu, a więc te najszersze. Kasownik był z dziurkami. Ja sobie sprawdzam bileciki, wszyscy grzecznie podają, wprawdzie ze środka autobusu już słychać rwetes dlaczego tylko jeden kanar, dlaczego autobus tak długo stoi na przystanku, że oni się pospóźniają do Ursusa etc., ale patrzę sobie, a tu skrada się facecik, tak gdzieś około „40” i... ciach jak się odwróciłem trochę w drugą stronę, włożył bilet do kasownika i skasował go. Dzieliło nas może jeszcze ze 2-3 pasażerów. On podchodzi do mnie, podaje mi bilet, a ja.... a ja mu ten bilet... zjadłem. Normalnie wziąłem i zjadłem. Pomyślałem sobie tak ekspresowo: Ty mnie walisz w ch**a, to ja Ciebie też przerobię. I autentycznie wszamałem mu ten bilet ekspresowo na jego oczach. Wiecie, że facet nic nie powiedział, tylko grzecznie podał dowód osobisty?

Spisałem go grzecznie, wypisałem mu mandacik. Ale... wkur***łem się niemiłosiernie. Zjeżdżamy do zajezdni by rozliczyć się z biletów karnych na 14, patrzę a tam prawie w objęciach stoi mój kierownik z... posiadaczem zjedzonego biletu Okazało się, że to jacyś dawni koledzy. W każdym razie nawpiep**ałem się papieru na darmo, bo bilet karny i tak kierownik kazał mi anulować. Jedyne co po tym pozostało to wspomnienie i śmiech wszystkich innych kanarów, którzy wiedzieli że zeżarłem ten bilet "pasiejnemu".


Opowieść druga

Miejsce akcji: autobus linii nr 3 (numeru bocznego nie pamiętam, ale był to jeden z tych "nowych" mercedesów - wybraliśmy go bo był dobrze grzany i było w nim cieplutko)

Czas akcji: pewnie gdzieś luty, albo może marzec 1993

Zawsze robiliśmy tak, że siadaliśmy sobie po dwóch: dwóch na przodzie autobusu, dwóch na tyle autobusu. I w pewnym momencie..... AKCJA.... wstaje czterech panów i zaczyna od głośnego "Dzień dobry, kontrola biletów" (jakże różnie przecież od typowej kontroli przy drzwiach, no nie? tak po .... "warszawsku", z zaskoczenia w środku autobusu)

Wsiadamy sobie do autobusu na pętli przy Hempla. Dwóch do przodu, dwóch do tyłu. Z pętli przy Hempla jedzie.... ksiądz Ubrany w sutannę, jakieś ichnie futro, no widać że klecha. Skasował grzecznie bilecik i jedzie sobie. "Trójka" jeździła już wtedy tylko do Dąbrowicy. Ksiądz wysiada zaraz jak autobus skręcił z Nałęczowskiej w drogę prowadzącą na pętlę, przy tych kościelnych zabudowaniach. W trakcie skontrolował kumpel go, bilecik w porządku, dobrze skasowany (kasownik elektroniczny).

Dojeżdżamy do Dąbrowicy, odpoczynek, kierowca zmienia cyferkę w kasowniku. Wracamy do Lublina. Dojeżdżamy do skrzyżowania z Nałęczowską, patrzymy a tu stoi na przystanku ten sam ksiądz, którego przed chwilką przywieźliśmy (widać coś szybciutko załatwił i jeszcze załapał się na kurs powrotny). Wsiadł do autobusu, usiadł sobie wygodnie na samym tyle. Widzimy, że nie skasował biletu. Ale brak odważnych do skontrolowania księdza i wlepienia mandatu. Zwlekaliśmy aż do Hempla. W końcu... wypuścili mnie. Lecę do klechy i mówię... kontrola biletów. Klecha jak nic wyciąga bilet, tyle... że z tego poprzedniego kursu. Pokazuję mu, że jedna cyferka się nie zgadza i że go obserwowaliśmy przez oba kursy i wiemy, że w drodze do Dąbrowicy skasował bilet, a z powrotem nie skasował.

Moim chłopakom z grupy naprawdę brakowało odwagi by go "skasować", a ja akurat wtedy zaczynałem być "wątpiący", więc bez skrupułów go "skasowałem". I wiecie, że... ludzie w autobusie zaczęli bić prawie brawo i najeżdżali na tego księdza, że nieuczciwy? A kumple z przodu, z kierowcą po prostu padali ze śmiechu. Klecha zapłacił nawet chyba "gotowizną" (nie kredytowy, tylko gotówkowy - wtedy jak dobrze pamiętam 250 000 PLN - bo za 50 000 w łapę puszczaliśmy gości).


Opowieść trzecia

Czas akcji: chyba już późna wiosna 1993 roku, bo było bardzo gorąco na dworze (tyle pamiętam)

Miejsce akcji: trawka przed przystankiem w Polanówce

Aktorzy: MY!!!, brygada kanarów-leserów, cwaniaków

A więc do dzieła, serwuję przepis jak można było zarobić będąc kanarem nie robiąc zbyt wiele. Zrobiło się ciepło, więc postanowiliśmy że będziemy sobie odpoczywali na zielonej trawce i będziemy się opalali. No ale coś zarobić trzeba, a wiadomo że i na "śniadanie" by się przydało. Wpadliśmy więc na rewelacyjny naszym zdaniem pomysł. Wypuściliśmy się na linie M. Jeździł wtedy na tej linii nasz ulubiony kierowca (z powodu upływu lat niestety nie pamiętam jego imienia) naszym ulubionym Mercedesem z pluszowymi fotelami (znowu nie pamiętam, ale boczny chyba 2162).

Wsiedliśmy sobie na Mickiewicza i pojechaliśmy sobie w stronę Piotrowic. Z kierowcą zagadaliśmy, by wysadził nas w 3/4 drogi pomiędzy przystankiem Prawiedniki a Polanówka. Ładna trawka, zieleniła już się, rozłożyliśmy się wygodnie, informując jednocześnie kierowcę, że... zamierzamy tu spędzić cała naszą szychtę. Nasz ulubiony Pan kierowca więc robił tak: jak tylko ruszył z przystanku w Prawiednikach, blokował kasowniki (były electric) i... przez swój mikrofon, który był słyszalny jak w turystycznym autobusie przez wszystkich pasażerów, grzecznie informował że za chwilkę będzie kontrola bilecików

A wiedzieć trzeba, że w Prawiednikach kończyła się strefa miejska i następny przystanek, ten w Polanówce był już w strefie podmiejskiej. Czy myślicie, że ktokolwiek mieszkający w Polanówce kupował się bilet strefowy? Jeśli tak myślicie, to źle myślicie. Nie kupował go NIKT!!! Było 100% trafień. Z dala już widzieliśmy popłoch w autobusie, jak wstawaliśmy sobie z trawki by "skasować Polanówkowskich pasiejnych".

Pan Kierowca się zatrzymywał przy nas, my wsiadaliśmy do autobusu i na przystanku w Polanówce wyprowadzaliśmy wszystkich delikwentów już z ich dowodzikami w ręku na przystanek. Ustawiali się grzecznie w kolejce i wypisywaliśmy im mandaciki (oczywiście tym, co nie chcieli z Panami Kanarami załatwić tej sprawy inaczej ). A później tylko piechotką z powrotem na naszą wyleżaną trawkę i tak w kółko przez całą zmianę

Później jeszcze kilka razy chcieliśmy zrobić ten numer na tej linii, ale... skubańcy pokupowali sobie strefowe "miesiączki" i już nie było trafień tak jak wcześniej. Ale to nic, przenieśliśmy się na „L” do Krężnicy Ale też nie na długo... Podobnie było na linii K. Wszyscy jeździli na miesięcznych miejskich. Autobus przejechał strefę, kilku smutnych panów (a w zasadzie to bardzo wesołych) wstawało z siedzeń (czasami specjalnie siedzieliśmy pojedynczo lub po dwóch) i wyłapywało tych, którzy nie mieli biletu w strefie podmiejskiej. Przyznam, że czasami byli to... WSZYSCY pasażerowie. Takie z nas były kan...alie


Opowieść czwarta

Miejsce akcji - ul. Narutowicza, przystanek tuż przed Głęboką w stronę Czubów i LSM

Czas akcji - chyba styczeń albo luty 1993

Aktorzy - tylko ja

Druga zmiana, jest już ciemno. Podjeżdża na przystanek 44. Cztery palce dla kierowcy, bierzemy go na wszystkie drzwi. Mnie w udziale przypadły drugie od przodu. Autobus Ikarus.

Drzwi się otwierają, pierwszy "pasiejny"... moja wychowawczyni z liceum. Konsternacja, zażenowanie, stoimy na przeciwko siebie, tym razem w trochę odwrotnych rolach I w końcu wydusiłem... "Dzień dobry Pani Profesor", bilecik dostaję do rączki, Ja dukam: "Ależ nie trzeba, dziękuję". Po prostu odebrało mi mowę w ustach. Spaliłem się na całego.

Później odwiedziłem jeszcze w szkole Panią Profesor tłumacząc się z chwilowej profesji, którą uprawiałem. Rozgrzeszenie dostałem...


Trochę o uczciwości

Za moich krótkich czasów mojego "kanarowania" (1992-1993) też obowiązywały "karteczki". One obowiązują nieformalnie od zawsze. Jak chodziłem do liceum, miałem w klasie dobrego przyjaciela, którego ktoś z rodziny był "kanarem" i on też miał taką "karteczkę". To powszechne, przynajmniej niegdyś, taki nieformalny układ. Te "karteczki" to były czyste kontrolki (takie czyste kartki pocięte jak bilety), które wsadzaliśmy do dziurkowanych kasowników podczas kontroli, by sprawdzić układ dziurek, na których było napisane nazwisko osoby "upoważnionej" do bezpłatnego przejazdu, imię i nazwisko kontrolera i jego podpis. I wszyscy to honorowaliśmy. Czy to było uczciwe? Inne były czasy (niemal świeżo po transformacji ustrojowej), inna mentalność, inny społeczny odbiór tego co robiliśmy etc. Czy ja się zaklinałem gdzieś, że robiliśmy wszystko wtedy uczciwie? Wprost przeciwnie, cały czas opisuję tutaj nasze "wygłupy". Byłem młody, durny i niewychowany.


Na zakończenie

Jak skończyłem pracę w MPK to gdzieś przez dobre 3 czy 4 lata (moje wczesno-studenckie czasy) "zapominało" mi się skasować czasami bilet i wiedziałem, że jak trafię na kontrolę, to ZAWSZE znajdzie się wśród tej nowej kanarowej gawiedzi przynajmniej jeden "kanar" z "moich czasów", który będzie mnie pamiętał. I tak też było. Dopiero gdzieś po 4 latach, gdy brygady się odnowiły (później kontrolę wzięła chyba niezależna spółka - która zresztą i tak rekrutowała się z byłych kanarów MPK) były problemy ze znalezieniem w gronie 4 kontrolerów "swojaka z dawnych czasów"